Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różniste myśli.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różniste myśli.... Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 stycznia 2013

~.o

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2013. Owy nie był gorszy niż ten, który zostawiliśmy za plecami.
Happy New Year 2013 I hope it won't worse than 2012 ;)

Usunęłam bloga o książkach, gdyż nie miałam czasu pisać opisów, a niewiele internautów go odwiedzało (blog kulinarny jeszcze trwa). Jeśli poczuję ogromną i nieodpartą potrzebę opisania jakiejś książki, to zrobię ją tutaj :) Nie zgłoszono żadnych obiekcji, co do zmiany etykiem, mam nadzieję, że ułatwi Wam to szukanie tego, co chcecie znaleźć :)


Życzę wszystkiego co najlepsze na ten kolejny (niby pechowy) rok 2013 :)

Nathalienn

sobota, 12 listopada 2011

Candy

Wielkimi krokami zbliża się rok, jak prowadzę tego bloga. W ferworze walki (jutro Nuśka kończy 3 lata) po upieczeniu ciast i skakaniu po stołkach z balonami na nitkach i serpentynami, oklapłam przy komputerze. Przydałoby się "coś" wymyślić na candy. Ismara podsunęła mi myśl, która zakiełkowała na stałe w mojej głowie. I tak też się stało, że candy będzie dotyczyło Kumiko Chan. Biorąc pod uwagę, że niewiele osób uwielbia Vic'a tak jak ja ;)

Zależy jak dużo osób weźmie udział w konkursie (zapewne nieliczni, możliwe, że nikt) będą nagrody. Nagrodą główną będzie koszyczek zrobiony na drutach z wełny (oczywiście nie takich rozmiarów jak mój na klamerki), ale postaram się go u dziergać stosunkowo szybko i będzie bardziej stabilny, bo zszywany z kwadratów ;). O kolorze łososiowym- jeśli to kogoś ciekawi. A nagrody pocieszenia? Zastanawiałam się nad kartkami, gdyż zbliżają się święta (oczywiście własnej produkcji ;)).

A więc, zasady są proste... dla tych, którzy choć fragment przeczytali z Kumiko Chan- chociaż im więcej części tym więcej wizji. 
Nie trzeba wklejać obrazka umiejscowionego wyżej na swoim blogu ;) to tak dla mnie, żeby było bardziej kolorowo. 

poniedziałek, 31 października 2011

Candy, opowiadanie, pogoda...

1. Kumiko Chan
2. Candy
3. Pogoda


Tak... co do mojego opowiadania, miałam zamiar zamknąć je w 30 stronach, później w 50, a następnie w 70. Na dzień dzisiejszy jest ich 82 i mam nadzieję, że zamknę się w 150 stronach... eh...  Tak jakoś moja wyobraźnia, tworzy to trochę inaczej niż pierwotny konspekt (skondensowanych mocno wydarzeń, które w sumie nie powinny się dziać na hurra, bo co za sens pisania?!).

Candy... zbliża się dużymi krokami... Ismara podsunęła  mi mega pomysł, którego możliwe, że się będę trzymać (nawet więcej niż pewne w 100%)- i będzie dotyczył Kumiko Chan  :D bo o Vic'u czy czymś innym... to wiadomo, nie każdy zorientowany w moich kwiatkach. Kartki z życzeniami opatentowała Miriel i nei chciałam się powtarzać. Tylko nie wiem co z prezentami? Najpierw pomyślałam o stworzeniu czegoś z masy solnej... ale nie jestem na tyle uzdolniona manualnie jak mi się wydaje (spróbuję!) ;P Jedna z moich psiapsiółek już się chce rzucić na candy, tylko czeka aż w końcu się zacznie XD Boróffko Ty szelmo! Ale i tak Cię kocham :)

Co do pogody? Jak nie wiadomo o czym pisać to tematem uniwersalnym jest pogoda, czyż nie? Ale dziś była na prawdę w miarę... nie mówię o deszczu o 7:30, kiedy prowadziłam małą do przedszkola. Chociaż mój cudowny zielony parasol rozpogadza mi nawet najgorszą ulewę ;)  

A tak po za tym wczoraj... Było prze pięknie w porównaniu do sobotniej mgły.  Bawiłam się w berka i ganiałam z mężem, córką, przyjaciółką, jej mężem i jej córką po placu zabaw. Nic w tym dziwnego, ale robiłam to w tych... nowych, butach :D Obcas blisko 10cm ;) Nie zabiłam się! Nie wywróciłam i nie skręciłam nogi!
(zdjęcie powiększa się po kliknięciu)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Szkarłatna litera...

I tak właśnie po formacie mam dysk stary, na którym NIC nie mam. A nowy? Szlag trafił! Więc czy tak, czy siak NIC nie mam... Ujdzie, że wcięło mi wszystkie foty Vic'a, zdjęcia i skany Miyavi'ego, które miałam od Asai, filmy i muzykę, ale zdjęcia małej z niespełna 3 lat jej życia, tego nie przeboleję. Mam nadzieję, że da się odzyskać zawartość dysku. Będę wtedy dzień i noc siedzieć żeby dysk uporządkować (już raz miałam odzyskiwane dane), ale nie z dysku 500GB. Także wczoraj zalałam się łzami, nie mogłam się uspokoić, ale jakoś egzystują z wielką stratą w moim umyśle i sercu właśnie przez zdjęcia mojego dziecięcia. Bo tych pierwszych 3 lat jednak nie da się cofnąć, aby powtórzyć te wszystkie foty. Nadzieja- jedyne co mi pozostaje...

Co do tytułu posta, natknęłam się ostatnio na film z 1926 roku, który niestety nie obejrzałam do końca (zostało mi ok.20min- już go nie mam!). Film czarno-biały, niemy, ale bardzo ciekawy i pełen tragizmu. Grany przez głównych bohaterów w zupełnie inny sposób niż teraźniejsze filmy. The Scarlet Letter. W filmie, którego tytułu nie pamiętam, dziewczyna przerabiała w liceum książkę o tym tytule. Chcąc być sławną w szkole (i nie wyśmiewaną przez to, że jest dziewicą) przy pomocy kolegów i obcych chłopaków dostała przydomek "rozwiązłej" i zaczęła na piersi nosić szkarłatną literę A (adulteress= cudzołożnica). Nauczycielowi od języka angielskiego tłumaczyła, że lektura tak ją dotknęła, że wcieliła się w główną bohaterkę.

Tak więc wracając do filmu z 1926 roku. Młody pastor Arthur Dimmesdale (Lars Hanson), będący pupilkiem mieszkańców, osobą, z której bierze się przykład i słucha, ma dużo do powiedzenia w mieście Boston. Młoda kobieta Hester Prynne (Liliann Gish)

piątek, 15 lipca 2011

One Lovely Blog Award

Na One Lovely Blog Award :

     - Podziękowania i link blogera, który przyznał wam tę nagrodę.    
- Skopiuj i wklej logo na swoim blogu-Napisz o sobie 7 rzeczy
                  - Nominuj 7 innych cudownych blogerów (nie można nominować blogera, 
który wam przyznał nagrodę)
                      - Napisz im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji :)

Z racji, że na każdym blogu jest co innego, jeśli chodzi o ilość wypisanych blogów od ilości 3 do ilości 16, ja nie myśląc głęboko wybiorę 7.

Dziękuję bardzo za nominację Alexis, która prowadzi blog: Me, my style and my life... jestem zdziwiona, ale też jest mi bardzo miło z tego powodu :)

7 rzeczy o mnie, hmm to będzie trudne:
-  uwielbiam patrzeć na gesty i miny Vic'a Zhou kiedy gra w filmach,
- płaczę, gdy coś przypalę w kuchni lub mi nie wyjdzie,
- śmieję się do siebie samej,
- uwielbiam marzyć,
- chciałabym mieć tygrysa albinosa jako domowe zwierzątko,
- uwielbiam tańczyć i śpiewać przed lustrem,
- kiedy gotuję wkładam w to masę uczuć i serca.

7 blogów, które nominuję (kolejność przypadkowa, w sumie powinnam nominować o wiele więcej blogów, ale jak już założyłam, że biorę 7 to tylko 7- bądźmy konsekwentni ):

Konkurs

Oczywiście nie u mnie, do wygrania są buty ze sklepu dee.zee.pl do kwoty: 200zł. Trzeba je tylko sobie wybrać :)
Ja wybrałam sobie takie, po kliknięciu na buta pojawi się blog, który organizuje konkurs.

niedziela, 10 lipca 2011

Chiński i czosnek...

I tak właśnie dziś obiad u mojej Teściowej odbył się w genialnie miłej atmosferze :) Generalnie nie za dobrze się czułam nigdy u Teściów... Ale może to się zmieni w końcu. Także imieninowy obiad, a po obiedzie słodkości- objadłam się jak bąk i jak zwykle po takim obiadku wyglądałam jak w 4 miesiącu ciąży (po cóż mi ciąża? Wystarczy zjeść ^.^). Solenizantka już miała wcześniej gości, więc kwiatów troszkę było... I zauroczył mnie czosnek! Tak czosnek, który dostała od koleżanki. Piękny ozdobny czosnek- fioletowo-niebieskie cudo! Aż zrobiłam zdjęcie, bo nie mogłam oderwać od niego oczu. Oprócz tego Teściowa zakupiła dla Nuśka bajkę o "Troskliwych Misiach" i z przytupem i piskiem biegłam szybciej na kanapę wpatrzyć się w telewizor niż moje dziecko. Cóż po raz kolejny wprowadziłam w ogromny stan wesołości Mamę mojego męża. Oprócz tego w drodze na "imprezkę obiadową" małej zachciało się siu siu, a nocnik wzięliśmy w koszyczek pod wózek, gdyż latorośli boi się ubikacji. Więc zatrzymaliśmy się w naszej pieszej wędrówce wypakowaliśmy nocnik na chodnik i udało nam się uchronić butki, majteczki i spodenki przed "niechcianą awarią". Szczerze, to musiało wyglądać komicznie z boku :). (Zdjęcie czosnku powiększy się po kliknięciu).


A tak po za tym w piątek (08.07.2011) zakupiłam sobie nowy zeszyt- obszerniejszy do języka chińskiego i oto właśnie on :) Już ciut zapisany, ale na razie tylko pół pierwszej strony :)

Co u mnie? Nic (etap zgrywania filmów na płyty- czyli robienie miejsca na nowe!)- i faza na starocie ;) czyli wracam do oglądania tego, co już było mi dane obejrzeć raz lub kilka razy. A dziś mam ogromną chęć obejrzeć, nie wiem już który raz film "Dom Dusz", który szczerze uwielbiam.

piątek, 1 lipca 2011

25 milionów

Rytm dnia, który miałam jakoś uciekł, gubię się w czasie i przestrzeni siedząc mniej w moim wirtualnym świecie... Nie zwalę winy na to, bo to nie jest przyczyną tego stanu, po prostu tak czasem mam ;P Mimo tego, że powinnam odczuwać zmęczenie o tej godzinie, jakoś nie mam ochoty kłaść się spać... I znów pewnie padnę o 1:00, najpóźniej o 3:00, bo później raczej nie i wstanę znów rześka i pełna energii do działania o 6-7 rano. Nocny marek i ranny ptaszek... nawyki z liceum powracają.

A jeśli chodzi o tytuł posta, to chodzi o cudowną piosenkę z dramy "Save your last dance for me", którą miałam przyjemność oglądać, ale nie wiem już czy do końca... Za dużo już tego i moja pamięć zaczyna płatać figle. 
A jeśli chcecie posłuchać piosenki, to jest tutaj. Życzę miłego weekendu, u mnie leje dziś pół dnia i tak się zajęłam sprzątaniem, że nie zdjęłam prania z balkonu, na szczęście mało oberwało ;) A jutro może najdzie mnie odwaga do zrobienia pierwszy raz w życiu Muffinek :D

czwartek, 30 czerwca 2011

kocia sierść...

29.06.2011: Tak więc wypad do przyjaciółki, wręcz brzydko i bez grosza kultury wprosiłam się telefonicznie! A co! ;P Nafaszerowałam się lekami p./alergicznymi i miałam spokój na 3h ;/ a powinny działać o wiele dłużej. Zważając, na efekty uboczne i w najgorszym przypadku wizytę na pogotowiu (różnie to ze mną jest, a w tym roku na szczęście (odpukać) jeszcze mnie na izbie przyjęć nie widziano) wzięłam jeszcze pół tabletki i... I, właśnie to "i" pomogło troszkę... Już przechodzi, może przez to też, że dziś mimo gorąca było dość wilgotno i szybciej złazi mi to z płuc i nosa. A oglądaliśmy wczoraj "Lśnienie", ja jedynie końcówkę jak główny bohater brykał po hotelu z siekierką (taka nie duża z 7kg). Bo me małe dziewczę nie mogło zasnąć jak zobaczyło kota, Cyśkę i miejsce, w którym  jeszcze nie była z tak ogromną ilością zabawek. Także ja przeleżałam w pokoju dziewczynek gładząc, tuląc, szantażując i kołysząc moje maleństwo. Padła po 23... czyli moja wizja milo spędzonego wieczora legła na pysk. Ale nie narzekam. Dziś na odwrót dziewczęta przyjechały do nas :D Cóż z wyjścia na plażę nic nie wyszło, chociaż w sumie żałuję, bo w końcu nie spadła ani jedna kropla deszczu. A mogło być tak fajnie...

Tak więc robię na drutach, dalej, wciąż i nieprzerwanie z przerwami jak nie mogę na nie patrzeć ;) I znów dość głęboka i rozległa tęsknota za Zai Zaie'm... Nieuleczalna, głęboka i rozległa ta tęsknota...

A tak po za tym wkurza mnie, że chcę tyle zrobić, a jak coś zaczynam to mi tyle czasu schodzi, że nie mam czasu na inne "chcę"- chodzi tu o dzierganie, rysowanie, szydełkowanie i nowy narkotyk masę solną i zapomniałabym dramy i filmy! I mam dziś ewidentnie gorszy dzień! Ale winię tu pogodę i stan mojego ducha, który nieprzerwanie myśli o wyniku egzaminu, bo większość założyła już, że zdałam... nie słuchając moich logicznych tłumaczeń, przez co mi też się udziela, a wolę myśleć, że nie zdałam- ta taktyka milsza i przyjemniej zaskakuje w efekcie końcowym jeśli będzie pozytywnie. Rozczarowaniom mówię stanowcze NIE! Dlatego mój (nie wrodzony lecz nabyty) pesymizm.

Mało wartościowy wpis... No cóż każdy czasem ma gorszy dzień mój jest dziś... biorąc pod uwagę, że mała już chciała wypełznąć z łóżka o 4:27 eh...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

gruby, czarny kot...

Kiedy to minęło? 13 czerwca 2008 (piątek), było jakby wczoraj, a dziś już 3 lata później...
Tak więc dziś lekka załamka do 1:00 w nocy robiłam ciasto do pracy dla D. bo miał już urodziny i imieniny, a że dziś jest wyjątkowy dzień, zrobiłam wyjątkową ozdobę na karpatce :)
Nasz hymn od lat, to piosenka Kaliber 44 "Gruby czarny kot", tak! "Gruby, czarny kot, wlazł na płot i mruga, gruby, czarny kot będzie to bajeczka niedługa..." w naszym przypadku długa... I co z tego, że 13-go w piątek i czarny kot i masa innych zabobonów i padał deszcz, co też jest złą wróżką...

Dodaj napis








I do tego znalazłam śliczny obrazem z "Vampire Knight" :) Czyżby ślubne Yuuki i Kaname?
I już się zaczyna stres przed egzaminem...lęki, bezsenność, histeryczny płacz... A do tego nie mam wody! Znów i nawet nie mogę wyjść z małą na dwór, bo moje włosy są w "lekkim nieładzie" ;/ damn it!
Mój mąż ma manię na Moka-san oczywiście bez krzyża... A ja? Eh...

Ciężki dzień, ciężki tydzień, dobrze by było jakby mi się tak chciało jak mi się nie chce nic robić...

sobota, 4 czerwca 2011

Na działce u Rodziców

Wczoraj byliśmy w odwiedzinach u moich Rodziców. Podreptaliśmy na działki... Żałuję tylko, że ominęło mnie majowe kwitnienie jabłoni, wtedy cała działka jest pokryta śnieżnymi płatkami kwiatów, jakby padał śnieg ;) A oto kilka zdjęć... w drodze na działkę wśród obrośniętych trawą dróżek...




Urodzinowy tydzień czas zacząć :)

Tak zmiana tła i zdjęć moich Bożyszcze, to jest właśnie to! A pośród nich moje dwa skromne zdjęcia ;)
Byłam zajęta naprawdę zajęta... siadając do bloga już mi się nie chciało kompletnie nic pisać, choć do uzupełnienia mam trzy posty na kuchni...Opis filmu "Wyznania Gejszy" też by wypadało umieścić, biorąc pod uwagę, że film oglądałam już kilka razy i po raz kolejny płakałam jak bóbr dotknięta do głębi... A cóż... czemu dziś zaczynamy urodzinowy tydzień? Bo uwielbiam cyfrę 4 chociaż nie powinnam, bo dla Chińczyka symbolizuje śmierć...Wszystko co robiłam było zawsze do 4 razy sztuka, a nie do 3 ;/ W dzienniku miałam zawsze numer 3, a nie 4! A tak bardzo chciałam mieć 4 ;( Więc urodzinowy tydzień zaczynamy dziś! 4 czerwca 2011, a zakończymy?! Hmm.... 10 czerwca po urodzinach mojego najcudowniejszego Bożyszcze, cudu nad cudami Vic'a Zhou :) Tak przesładzam :P Dlatego też wszyscy panowie mają kwiatki, oj oszukałam się tych zdjęć, no prócz pana Hideto, który przyniósł dla mnie (dla Nas, bo w tym roku świętuję tylko urodziny Vic'a, moje to nieznacząca data, choć jak znajomi mówią... w taką datę to tylko Diabeł mógł się urodzić...), także Hyde przyniósł Nam prezent. Jak to ładnie brzmi Nam :D I znów roczek przybywa... a czas stanął w miejscu... mam cały czas 17 lat... cudowne 17 lat... czuję się na 17 lat :)
Vic'owi strzela 30-tka...
Jednak nie mogę nie opublikować jednego zdjęcia (Źródło: tutaj). Dokładniej rysunku... cudownego rysunku.
Mimo iż większość Panów, ma róże w dłoniach, róż nie lubię, ale cóż z tulipanami, stokrotkami i słonecznikami nie mieli sesji ;)

środa, 25 maja 2011

25 listopad 2011

Dziś mija pół roku od mojego pierwszego wpisu na blogu :) Jejku, kiedy to minęło?! I tak sobie właśnie przypomniałam, cóż dostałam na Święta wielkanocne w prezencie od naszej znajomej Pani A. Ucieszyłam się ogromnie, uwielbiam takie rzeczy. Na renowacji się nie znam, ale tu poczytam, tam poszperam i na pewno wyjdzie super :D
Troszkę się namęczę żeby "wskrzesić" do życia ramę obrazu, ale dam radę. Drzewo jest wciąż żywe, to najważniejsze, nie popękane, nie zniszczone. Muszę tylko wyczyścić i pozbyć się pasażera na gapę w niektórych miejscach- pleśni. Obraz wygląda naprawdę dobrze jak na ok. 20lat. I te gwoździe powbijane w drewno! Cudo! Takich używa kowal do przybijania podków :D

wtorek, 17 maja 2011

Tortura

Nie żebym narzekała, ale jestem wypompowana totalnie... Odmóżdżona, padnięta, oczy mi się już kleją pisząc to. Sprzątanie pyłu, drobinek (cholernych!) gruzu, i ten mączny kurz po kuciu, nawiercaniu czerwonych cegieł. Ale z doprowadzenie łazienki do stanu używalności zajęło mi ok. 1,5h. Kafelki się błyszczą jak powinny, ale wiem, że jeszcze kilka (dziś 3 razy) mnie czeka, aż pył całkowicie zaniknie.

sobota, 14 maja 2011

I było słoneczko :)

Słoneczny, piękny dzień, troszkę wietrzny, ale to był raczej ciepły wiatr, a nie zimny wręcz "kosa" jak zwykłam na to mówić :) Noc samej minęła mi w miarę dobrze coś mi się śniło związanego z Zai Zai'em, ale nie pamiętam :( Może na noc nie trzeba było oglądać tej anime "Vampire Knight", ale cóż nie mogę się powstrzymać ;P
A jutro urządzam polowanie na bajki po japońsku dla Nuśki i wachlarz kciukujcie :D Oby mi się udało. Chociaż...hmm... zastanawiam się jak ja będę czytała tą książeczkę małej? Zapewne delikatnie ołówkiem zapiszę jak się czyta wszystko :P I będę jechała po japońsku ;P Na szczęście Nuśka już nie mówi do mnie tak często "baka" jak kilka tygodni (hm... nawet 2 miesiące to już będzie) temu. Może tylko tak jej się składały sylaby? Chociaż mi się wydaje, że nie do końca ;P

poniedziałek, 9 maja 2011

Taiwan...

I tak już drugi dzień nic nie napisała :( O zgrozo! Właśnie słucham Radwimps "Dada" i muszę stwierdzić, że sympatyczne i inne... Nie umiem określić, ale miło się słucha :)
Sobota była dla mnie katorgą (niedziele z resztą też), zakupy, mała i do tego reumatyzm na zmianę pogody i była zmiana... dziś rano przywitała nas mgła, mleczna, nie lubię mgły. Mimo, że horroru o tym tytule nie oglądałam :P
A w sobotę zamówiliśmy sobie chińszczyznę i nawet nie uwierzycie jaka byłam szczęśliwa ze zwykłych jednorazowych pałeczek :D "Product of Taiwan" :D
Tajwan, ten Tajwan! :D Mój Tajwan! ^.^ Jak to kumpela w niedzielę stwierdziła, Ty to masz korbę i na***ne pod kopułą. :P No cóż, ale stwierdza, że lepiej mieć takiego fisia niż nie mieć fisia wcale ;) 
"Winter Sonata" jestem na 13 odcinku i napiszę prawdę, momentami ta drama powoduje u mnie nastroje depresyjne, smutek i melancholię, ale nie umiem jej nie oglądać przez uśmiech głównego pana z amnezją powypadkową :D Bo akurat, to już się wyjaśniło :) Ha! Czyli dobrze przypuszczałam. I tak nie wiem cóż więcej napisać, jakoś wszystkie emocje mnie opuściły, może to wina pogody, może ogólnego mojego samopoczucia i tego, że nic jak na razie nie wiem o egzaminie, a powinnam już to wiedzieć od co najmniej 2 miesięcy... Tak, to właśnie się nazywa organizacja i biurokracja w szkołach. I jakoś nikt się tym nie interesuje, że taki stan rzeczy kogoś może przyprawiać o bezsenność, stany lękowe i ogólny stres. Bo tak już by wiedziała i psychicznie bym się nastawiła na tą katorgę, a tak to nie wiadomo co, jak i gdzie? Także już chyba wolę nie pisać pseudo depresyjnych wpisów przeplatanych z agresją na ten cały świat niczemu niewinny. Jak poprawi mi się humor to zacznę znów pisać posty, miejmy nadzieję, że nie jak kiedyś po 5-10 postów dziennie ;)

Także życzę pogody ducha, ładnej wiosennej aury, słoneczka, zieleni i śpiewu ptaszków :)

poniedziałek, 2 maja 2011

Udon

Miałam dziś ogromnie parszywy humor, naprawdę, bez kija nie podchodź. Postanowiłam się zrealizować troszkę w kuchni. To mi właśnie poprawia humor, szczególnie jak coś mi wychodzi. Dziś mi jednak na tym nie zależało, jakbym przypaliła wszystkie garnki i wszystkie potrawy by mi wykipiały spłynęło by to po mnie jak po kaczce, a garnki zamiast myć pewnie chciałabym wyrzucić na śmietnik ze złości na ten okropny humor. A jednak...

Udon czyli japoński makaron podawany na ciepło z wodnistym bulionem.
Wodnistego bulionu niestety nie zrobiłam w oryginale (nie mam bulionu dashi i czerwonych szalotek), ale zrobiłam rosół. Prawie taki jak zwykle, tylko z tą różnicą, że cebulę (połówki cebuli) podsmażyłam na suchej patelni, do gotującego się kurczaka dodałam sosu sojowego, a oprócz zwykłej włoszczyzny, dwa kawałki imbiru o długości 2-3 cm. I tak jak gotowali to w filmie "The Girl Who Leapt Through Time (Toki wo kakeru shôjo)" na gotującą się zupę wrzucali surowe jajko, które po chwili pięknie się ścina. Davidoff stwierdził, że dziękuje za to jajko- przełykając głośno ślinę ze skrzywioną miną, a ja stwierdziłam, a co mi tam. Oni jedzą i żyją, to ja raczej też.

piątek, 11 marca 2011

COCNUT FLAVOUR

 COCNUT FLAVOUR
makaron sojowy plus kombinacja krewetek, mięsa krabowego oraz kalmarów wraz z paletą warzyw w sosie kokosowym. 


To zdjęcie i opis z Noodle Hut (ale aż tyle krewetek nie było). Odważyłam się! 


Tylko tego sosu kokosowego nie czułam.



Paleta warzyw:
- biała kapusta prawie surowa (bardzo lubię);
- kalafior też prawie surowy (też bardzo lubię);
- papryka;
- marchew;
- cebula;
- kukurydza;
- szczątkowe ilości brokuła;
- wyczułam drobiny orzechów ziemnych;


Mięso krabie jadłam kiedyś w ciąży, ale nie w takiej ilości jak dziś żeby zapamiętać ich smak. Teraz zapamiętałam go, jako posmak rybi, ale znośny. 
Kalmara w życiu nie jadłam i o ile się nie mylę to było coś co wyglądało jak makaron i było troszkę gumowate, ale dobre. 
Krewetki za to nie wiedziałam, że są takie malutkie brane jako żywność, te miały ok 1cm długości, pozwijane małe robaczki. Bardzo dobre, chociaż smaku aż tak nie było czuć. Wszystko razem dość ostre przez kapustę i surowego kalafiora, ale bardzo dobre, na prawdę nie żałuję, że zjadłam. Mój mąż bardziej przezorny, woli nie ryzykować jak ja. Ale bacznie przyglądał się każdemu małemu kęsowi jaki brałam do ust pałeczkami. I był wielce zdziwiony, gdy na mojej twarzy zamiast zniesmaczenia zobaczył uśmiech.

=====================================

Jestem jakoś strasznie otumaniona. Oglądnęłam w wiadomościach zdjęcia i urywki z trzęsienia ziemi w Japonii, a później pokazali tsunami zalewające wyspę. Tego już nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. Chociaż wiem, że łzy osoby z drugiego końca świata im raczej nie pomogą w niczym. Niech ten koszmar się skończy dla tych wszystkich biednych, przerażonych, bez dachu nad głową, rannych ludzi! 

poniedziałek, 14 lutego 2011

~ WALENTYNKI ~

Niby cudowny dzień miał być, a tu znów oboje prychają kichają i widać, że lada dzień znów będą zdechlaki, a ja od początku będę latać, a jeszcze nie odespałam.

Walentynki święto Zakochanych... Nie lubiłam, nie lubię i nigdy nie polubię tego święta, jest dla mnie wymuszone i trochę beznadziejne. Bo tak naprawdę zakochani mają święto co dziennie... mogąc się przytulać, widzieć siebie, trzymać za ręce etc. A nie lubię przez szkołę, przez te głupie zbieranie kartek na wyścigi jak przychodził kurier rozdawać walentynkowe kartki i oczywiście śmiech z tych co to nie dostali żadnej (tu właśnie JA!). Ale po mnie jakoś to spływało jak po kaczce, już jakoś bardziej utożsamiam się z komunistycznym świętem Dnia Kobiet i tak! BARDZO lubię czerwone goździki! Nie znoszę róż!

Przechodząc do sedna sprawy choć tak do końca już sama nie wiem cóż tak naprawdę chciałam napisać, bo zaczynam filozofować... Właśnie porządkowałam fotki na dysku moich Bożków, każdy zapakowany do folderu opisanego imieniem i nazwiskiem. Przeglądałam wszystkie fotki Vica, Kamenashi-san, Akanishi-san i zdałam sobie sprawę, że naprawdę ich lubię choć pewnie nie miałabym nawet śmiałości na nich spojrzeć nawet jakbym tylko ja stała na przeciwko nich a oni zapytali by mnie o godzinę... Podziwiam ich, ubóstwiam za to, że są tacy przystojni, niewinni i słodcy i za to, że świetnie śpiewają i umieją się przeobrażać jak kameleon do danej roli. Ale mimo wszystko współczuję im, na niektórych zdjęciach można wyczytać z ich oczu, że są tym zmęczeni, może nawet chcieli by na jakiś czas stać się niewidzialni?! Nie wiem, nie umiem tego ubrać w słowa... Kontrolowane życie przez agencje szczególnie w Japonii musi być naprawdę męczące, zero dziewczyn, a już w ogóle żon, na to musi być pozwolenie odgórne... Człowiek musi naprawdę być niewinny, piękny i do tego bez grzechu... Jak porcelanowe lalki zamknięte w szklanych klatkach. Wszyscy mogą Ciebie dotykać ,ale Ty jesteś tu eksponatem i musisz się na to godzić, bo za to Ci płacimy. Inne wzorce, inne zachowania... z jednej strony super sprawa, dla dzisiejszej (w większości) bezmózgiej i czerpiącej chore wzorce z zachodu młodzieży. Może dlatego tak bardzo lubię tą sztuczność Azji? Bo to też przecież naturalne nie jest. Ale przykro mi... Na pewno lubią swoją pracę choć trochę, ale też na pewno to ich bardzo męczy, koncerty, występy, plan filmowy/zdjęciowy, wywiady, wiecznie uśmiechnięci. Jak mi się skojarzyło (włącza mi się skrajnie czarny humor). Taki gwiazdor Azji, wstaje rano i sobie myśli: Boże, jak ja się beznadziejnie czuję  tyle się złego wydarzyło tu babcia zmarła, ojciec chory, przyjaciel stwierdził, że mnie nie chce znać, a tu jeszcze mam dziś umówione wywiady. No muszę się uśmiechać, muszę, przecież wszystko jest super!". To już w ogóle jest strasznie wyczerpujące, robienie dobrej miny do złej gry, zamazują się priorytety i tak naprawdę człowiek nie wie na jakie sytuacje jak reagować. Najlepiej się tego wyzbyć, ale jak oni mają to zrobić?! I tak sobie pomyślałam, że może też przez to Vic zrobił się bardzo narcystyczny i może też dlatego Kamenashi ma dziewczynę 20 lat starszą od siebie?! 
Także Walentynek nie uznaję! Ale jak Wy lubicie, uznajecie to życzę wszystkiego tego co sobie wymarzycie :)

Mi się kojarzą ze szkolną obłudą i tandetnymi gadżetami, na których zarabiają krocie. Ale wiadomo każdy pretekst dobry, żeby pod danej nazwy święta szyldem kupić prezenty ;P I tak dziś mam ochotę popatrzeć na panów: Gackto-san, Vic (Yu Min), Kang Won Dong i Kamenashi- san :)



A Kwiatuszkom życzę szczęścia, zdrowia i żeby znaleźli swoje drugie połówki, bo ja się przecież nie rozerwę, ani nie sklonuję ;P (żarcik).
Ach! I bym zapomniała, dzięki Miriel zostałam oświecona, jakoś tak nie przyszło mi do głowy sprawdzenie co śpiewa Gackto w piosence "Vanilla", ale już sprawdziłam, oczywiście miałaś rację Miriel angielskie tłumaczenie się dość różni od tego co ja czytałam po polsku. I tak się zastanawiam czy w moich tłumaczeniach nie poprzeinaczałam czegoś ;/ może to nie był najlepszy pomysł żebym się za to brała. Ale wracając do tekstu pana Kwiatuszka Gackto... tekst piosenki jest... wyuzdany (zabijcie nie wiem, ale to słowo mi najlepiej pasuje do tego co czytałam), Chociaż czytając tłumaczenie, z każdym zdaniem moje oczy robiły się coraz szersze i byłam zdziwiona, że Gackto coś takiego śpiewa... Ale mimo wszystko piosenka mi się podoba, może właśnie teraz bardziej jak wiem o czym śpiewa :P Ale wychodzi ze mnie prosię. W sumie, nie powinnam chyba tu pisać takich rzeczy, no mam nadzieję, że mało osób przeczyta ten wpis :P Ale się rozpisałam... Więc buziakuję Was moi kochani Kwiatkowi mężczyźni :) :*

wtorek, 8 lutego 2011

Zamknięta w swoimi małym świecie...

Do dziś od zeszłego poniedziałku (31.01.2011) niezwykle nieszczęśliwym świecie, bo tego dnia Dawidof stracił pracę, ale dziś znów wyjrzało słoneczko, od jutra idzie do pracy :) Nie ma to jak żona pędziwiatr, która wszystko na hop-siup byle szybciej załatwia, bo wychodzę z założenia, po co czekać?

Wczoraj znów wylądowałam na chirurgi na zdjęcie szwów, nie jest tak kolorowo jak z trzema wcześniejszymi "mądrymi zębami" ketonal co 12 godzin i w między czasie ibuprom. Jakoś żyję.. ale co to za życie?! Pół twarzy, że grzecznie napiszę mnie bardzo boli... 

Ale są też pozytywy.
W niedziele byłam u kumpeli z byłej szkoły, której się udało zdać egzamin w całości. 5h farmacji stosowanej i tym razem rypania recept z kroplami, fajna zajawka generalnie, bo to lubię, ale jak zęby bolą, a trzeba obliczać dawki leku w kropelkach, to tak nie za bardzo idzie. Ale wytrwałam i później powiedziałam kilka ciekawostek Moni na temat Azji (bardziej kina i muzyki), cieszyła się ze mną bo przyniosłam pochwalić się biletem na Miyaviego :) Bardzo spodobały jej się piosenki Vica Zhou (muszę w niedzielę zabrać jego płyty na mp3 do niej) i bardzo chce obejrzeć film "Boys before flowers" koreańską wersję, po piosence "Paradise" z urywkami z filmu, jak stwierdziła "Muszę zobaczyć jak ona mu spuszcza manto" ;) W sumie się nie dziwie, zapalona maniaczka F1 nie będzie miała kogo oglądać bo Kubica jest w szpitalu- szczerze współczuję Moniu :(

A co do szczelniej "zamkniętości" w moim świecie... Od kilku dni znów mam obsesję na puncie Vica, tylko jego oczy widzę w swojej głowie... tęskno mi do czegoś ale nie wiem do czego?

P.S. Nagrywałam dziś film z Nuśkiem i pytam córę:
- Lubisz kapuśniak?
-Tak
- Lubisz ogórki kiszone
-Nie
- Kochasz tatusia?
-Tak
-Kochasz Mamusie
-Nie
- A dasz mamie buzi? (Cmok w obiektyw telefonu)... Hmmm Kobieta zmienną jest ;) a taka mała to już w ogóle. A nawet nie miałam jak jej dziś podpaść nawet część mojego śniadania jej odstąpiłam (jak zwykle) bo swoje w futrowała, ale mamy lepsze ;)

Dobrej nocy!
Suwaczek z babyboom.pl

"Don't tell me you do not want someone who is simple, ordinary, uncomplicated? Instead you want someone who is hypocrite, pre-packaged, and defensive? In fact, many times I would think, I might as well be that hypocrite, but after just one day, I would discover that I really cannot go on...I like the real me very much. (Do you) want me to do phony things? I just cannot do it.
- ZaiZai"


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...